Numer 251 - Operacja

6 lipca Kamil zawiózł Piotrusia na miejsce zbiórki. Nasz syn miał jechać na zgrupowanie na dwa tygodnie. Bardzo się martwiłam, jak on tam sobie poradzi, jednak lekarz kazał mi się nie stresować przed zabiegiem. Jednak każdy kolejny dzień zbliżający się do wytyczonej daty .... sprawiał, że nie mogłam normalnie funkcjonować. To było coś najgorszego. Czułam się jak tykająca bomba i nie wiedziałam, kiedy mogę wybuchnąć. Kamil starał się jakoś mnie wesprzeć, ale niestety... 7 lipca we wtorek to on musiał wyjechać na zgrupowanie. Swoje zgrupowanie. Miał wrócić 16 lipca, jednak to prawie 9 dni, przez które coś może się zmienić. Kamil miał zostać w czasie mojego zabiegu w domu, ale wiadomo... Różne przeciwności losu sprawiły, że i on mnie zostawi samą z tym wszystkim. Widziałam jego złość, jak rozmawiał z trenerem, że musi zostać wtedy w domu. Trener jednak postawił mu ultimatum. "Dobra, możesz zostać w domu, ale potem w drużynie nie szukaj w ogóle miejsca" - powiedział. Wiedziałam zatem, że Kamil nie potrafi żyć bez skoków. Żalił mi się, że nie wie, co ma zrobić. Skoki narciarskie to jego drugie życie. Jeśli w wieku 31 lat dalej nie myśli o zakończeniu kariery, to daje do myślenia, że on kocha to robić. Widziałam zatem, że za wszelką cenę chciałby zostać z nami, wspierać mnie, być przy mnie, trzymać mnie za rękę, ale.... Miał chwilę zawahania. Chciał aż powiedzieć trenerowi w twarz, że to co on robi, to jego zdaniem coś niedorzecznego, chciał mu powiedzieć, że jego żona będzie w szpitalu, będzie miała zabieg, będąc w ciąży, ale nie mógł tego powiedzieć. Nie kazałam mu, aby mówił każdemu o ciąży, to dopiero 10 tydzień, a po drugie.... nikt nie mógł wiedzieć o moim zabiegu. Nie chciałam, aby wszyscy nagle zaczęli się o mnie martwić. Ale cóż...

Kamil pojechał 7 lipca na zgrupowanie. Gdy się żegnaliśmy, widziałam, że chciałby zostać z nami, rzucić to wszystko i nie wsiadać do tego samochodu, ale to jednak jest nie zależne od nas.  Pożegnaliśmy się więc. Kamil wsiadł do samochodu i pojechał. Ja zaś zaczęłam się pakować do szpitala. Dzieci w tym czasie miały zostać pod opieką kilku osób, a dokładnie Agnieszki i Bronisława. To w nich miałam oparcie podczas tych ciężkich dla mnie dni. Kamil co chwilę pisał SMS-y, dzwonił, ale jednak brak jego obecności... Wiem, że nie mógł zostać ze mną. Zupełnie to rozumiałam, ale.... gdy ktoś ma być w szpitalu, będzie miał zabieg... potrzebuje pomocy i wsparcia bliskich osób. A taką bliską osobą dla mnie był mój mąż i właśnie tego żałowałam, że go nie ma przy mnie i wróci dopiero za 9 dni.

Zaprowadziłam zatem dzieci do Agnieszki. Pożegnałam się z nią, po czym wsiadłam w swój samochód i pojechałam do szpitala. Tam zostałam przyjęta na oddział  i zaprowadzono mnie na moją salę. Akurat byłam  sama w szpitalnej sali. Swoje łóżko miałam od okna. Mogłam więc podziwiać górski krajobraz, jednak już po godzinie rozpętała się ogromna burza. Wiedziałam, jak bardzo Karolek boi się burzy. I w tym ciężkim dla niego momencie nie mogłam być przy nim. To była dla mnie najgorsza chwila. Nie mogłam być z moimi dziećmi w ciężkich dla nich momentach.  To dobijało mnie już kompletnie. Zaczęłam płakać, jednak szybko otarłam łzy. Po burzy zadzwoniłam do Agnieszki, aby dała mi dzieci do telefonu. Rozmawiałam z nimi przez ponad pół godziny... Ile bym dała, aby teraz być z nimi. Jednak musiałam to przeżyć.
Następnego dnia rano był obchód. Kilku lekarzy, większość to studenci lub na rezydenturze.
- Dzisiaj o 10:30 zabieg - powiedział główny z nich - Proszę się nie bać. Pielęgniarka przyjdzie po panią, jak będzie czas.
Jednak te słowa sprawiły, że bałam się coraz bardziej, a jak coś zrobią mojemu nienarodzonemu dziecku? Jak je "uszkodzą"? Jak urodzi się z jakimiś wadami? Teraz ktoś pomyśli, że co ze mnie za matka, że nie chciałabym dziecka z jakimiś wadami wrodzonymi.. Nie o to chodzi. Jednak gdyby to było z winy lekarzy , ich nieporadności.... Nie darowałabym im tego.

Przed samą godziną 10:00 zadzwonił do mnie Kamil
- Jak się czujesz? - spytał
- A jak się mam czuć? - udawałam na początku twardą
- Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz
- Nic nie będzie dobrze - powoli zaczęłam się rozklejać
- Kochanie, nie załamuj się. Wszystko naprawdę będzie dobrze. Zabieg będzie, szybko po nim dojdziesz do siebie, wrócisz do domu, a za kilka miesięcy urodzisz nasze wspaniałe dziecko i wszystko będzie dobrze.
- Na pewno?
- Tak, na pewno.
Po rozmowie z Kamilem nabrałam trochę więcej sił, ale jednak dalej się bałam.
Jednak chwilę po 10:00 do sali weszły 3 pielęgniarki. Posadziły mnie na wózek i zawiozły na zabieg. Tam zostałam przewieziona na salę operacyjną, uśpiono mnie.

Wszystko trwało nie co ponad godzinę. Po zabiegu zostałam obudzona.
- Pani Kasiu, wszystko już dobrze.
 Wraz z pielęgniarkami wróciłam na salę. Po chwili przyszedł do mnie lekarz. Powiedział mi, że wszystko przeszło bez żadnych zarzutów. Zabieg się udał. Od razu po zabiegu napisałam SMS-a do Kamila, a także zadzwoniłam do Agnieszki, aby dała mi dzieci do telefonu. Rozmawiałam z nimi przez kilka minut. Wieczorem zadzwonił do mnie Kamil. Z nim rozmawiałam przez ponad godzinę.
- Mówiłem, że wszystko będzie dobrze. Nie masz się czym przejmować. Kiedy cię wypuszczą?
- W sobotę - powiedziałam
- A jak się czujesz?
- Bardzo dobrze. Wszystko jest ok. Jutro mam mieć wykonane jeszcze jakieś badania, w tym USG. Zobaczą stan naszego maluszka - złapałam się za brzuch. Tak bardzo się bałam
- Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. Nie masz się czym przejmować. Sprawdzałem tego lekarza w internecie, tego, co wykonywał zabieg. Ma bardzo dobre opinie. Również wypowiadały się kobiety, które podczas zabiegu były w ciąży. Mówią, że wszystko jest dobrze, dzieci zdrowe. Wszystko jest ok. Będzie u nas tak samo
- Mam taką nadzieję.
- Kasiu, nie smuć się tylko, bo jak będziesz się denerwować, to nawet teraz wsiądę w samochód i przyjadę do ciebie
- Kamil... - uśmiechnęłam się
Kamil usłyszał, że uśmiechnęłam się
- No widzisz... I taka uśmiechnięta masz być przez cały czas. Obiecujesz?
- Tak, obiecuję.

Następnego dnia po śniadaniu zostałam zaprowadzona na badania.  Wykonano mi także kontrolne badania krwi. Następnie wykonano mi USG.
- Dziecko rozwija się prawidłowo. Wszystko jest dobrze. Serce.... poprawnie. Bez szmerów. Bije idealnie. Wszystko jest dobrze. Proszę się niczym nie przejmować, bo jak mama się stresuje, to i dziecko się stresuje. - powiedziała pani ginekolog i dostałam zdjęcia naszego dzidziusia.

Zrobiłam więc im zdjęcie i wysłałam do Kamila SMS-a , z którego zrobiła się następująca rozmowa SMS-owa:
- Wszystko dobrze. Miałam dzisiaj USG.
- Widzisz... Kazałem ci się nie przejmować i co? Udało się!
- Tak, wszystko jest ok. W sobotę wychodzę.
- A jak dzieci? Dzwoniłem do Agnieszki, powiedziała, że akurat byli na spacerze.
- Tak, mieli pójść na spacer na plac zabaw, a potem odwiedzić rodziców Maćka.
- Nie zauważyłaś, że Agnieszka jest bardzo zafascynowana dziećmi?
- Tak, chyba czas na swoje :)
- Na to  chyba wygląda.
- Musisz się Maćka spytać :)
- No co ty...
- No co... Przecież możecie sobie czasami pożartować. Jak mężczyźni... Chyba, co nie?
- No co ty... Mamy inne tematy do rozmów w pokojach.
- Jakie te tematy?
- Przede wszystkim kobiety... :)
- Ale mam nadzieję, że rozmawiacie o nas? :)
- Tylko i wyłącznie o was. O kobietach. Seksownych kobietach
- Kamil...
- No co, przecież i tak wiesz, że jesteś najseksowniejsza..
- Oj, nie mów tak. Zobaczysz jak urodzę nasze czwarte dziecko, to mój brzuch po tych czterech ciążach będzie wyglądał, jak.... nie powiem co..
- No co ty, będziesz miała najpiękniejszy brzuch na świecie.
- Kamil, ja wiem, że ty tylko piszesz to, aby poprawić mi humor, przecież wiemy, jak będzie wyglądać naprawdę
- Kasia, zaczynasz pisać głupoty. To szpitalne otoczenie tak na ciebie działa.
- Kamil....
- Dobra, kochanie. Kończę. Zadzwonię wieczorem


Po południu w szpitalu odwiedziła mnie Agnieszka z dzieciakami. Gdy tylko ich zobaczyłam, rzuciłam się im na szyje. To było coś pięknego i cudownego.  Nie mogłam się nagadać wraz z dziećmi. Opowiadały mi dosłownie o wszystkim, co robiły, co jadły, co im się śniło. A dokładnie o wszystkim opowiadała Wiktoria. Karolek usiadł na moich kolanach i wtulił się we mnie. Usnął.
- Nie ma jak u mamy - powiedziała Agnieszka, która zrobiła nam zdjęcie. Było takie cudowne.
Po 2 godzinach Agnieszka wraz z dziećmi opuściła moją salę.

W piątek i sobotę rano miałam jeszcze kolejne badania. Nasze nienarodzone jeszcze dziecko było pod stałą opieką i kontrolą. W sobotę po południu dostałam wypis. Wzięłam więc swoje rzeczy, wsiadłam w samochód i wróciłam do domu. Odebrałam najpierw dzieci od Agnieszki. Wieczorem zadzwonił do mnie Kamil.  Rozmawiałam z nim przez ponad godzinę.



---------------------------------------------------------------------------------------------


                                                kiki2000

Komentarze