Numer 309 - Urodziny Szymonka

Był czwartek - 31 sierpnia. Mój kolejny chrześniak obchodził swoje urodziny - mój Szymonek, syn Kornelii kończył już 7 lat i od września miał już iść do pierwszej klasy. Kupiłam mu zabawkę w postaci samochodu.
Mieliśmy pojechać do Krakowa po południu, Kamil miał trochę wcześniej trening i już po 11:00 mieliśmy wyjechać z domu. Spakowałam więc prezent do samochodu, a sama założyłam
Do tego rozpuściłam swojego długie włosy i zrobiłam delikatny makijaż. Pojechaliśmy do Krakowa. Wiedziałam, że będą to dość smutne urodziny. Kornelia dalej żyła na lekach, moja mama odwiedzała ją, jak tylko mogła, jednak pracowała i nie mogła pozwolić sobie na częste wizyty. Michał i Piotrek byli u niej częściej. Ja od czasu wypadku byłam u niej 4 razy. Odwiedzałam ją, jak tylko mogłam, jednak nie zawsze miałam czas. Miałam też obowiązki wobec domu i rodziny. Do tego wizyta u lekarza.. Kamil zapisał do mnie najlepszego specjalisty w Krakowie na termin pod koniec września. Miałam mieć wykonane kilka badań i dopiero po nich miała zostać postawiona mi diagnoza. Postanowiłam jednak się tym nie przejmować.

Podjechaliśmy pod blok. Wyjęłam z samochodu prezent i zadzwoniliśmy do mieszkania. Kornelia otworzyła nam drzwi. Widziałam jednak, że naprawdę była zdołowana i nie miała siły na nic. Gdy zobaczyła nas z prezentem, spytała się:
- A dla kogo to?
- Przecież Szymonek ma dzisiaj urodziny - odpowiedziałam
- To dzisiaj? Na śmierć zapomniałam
Spojrzałam się na Kamila i wysłałam go, aby kupił jakieś ciasto w cukierni. Zbiegł więc na dół i pobiegł , aby coś kupić.
- Gdzie nasz jubilat? - spytałam
- Szymonek akurat wyszedł z pokoju, a ja wręczyłam mu prezent i złożyłam życzenia
- A wujek? - spytał
- Wujek zaraz wróci.
Szymonek wziął prezent i przytulił mnie. Zaczął go od razu rozpakowywać
- Ja na śmierć zapomniałam - powtarzała co chwilę Kornelia
- Nie przejmuj się - powiedziałam do siostry - Wszystko będzie dobrze
Po jakiś 10 minutach Kamil wrócił do mieszkania z kawałkiem ciasta, które kupił w cukierni i także świeczkę z cyferką "7", aby nią w nie wbić.
- Dziękuję ci - szepnęłam do męża
Wzięłam ciasto i przełożyłam je na talerz. Wbiłam świeczkę i zapaliłam ją. Przeszłam z talerzem do salonu.
- A teraz pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczkę
Szymonek zastanowił się przez chwilę , po czym zdmuchnął świeczkę
- Brawo! - powiedziałam
" Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam. Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam... Niech żyje nam! A kto? Szymon!"
Poszłam po mniejsze talerzyki i po nóż. Pokroiłam ciasto, aby każdy dostał po kawałku. Szymonkowi bardzo ciasto smakowało i poprosił mnie nawet o dokładkę. Dołożyłam mu ostatni kawałek, który dostał i zjadł go ze smakiem. Następnie zaprosił nasze dzieci do pokoju swojego i jego brata i tam bawili się zabawkami. Ja posprzątałam talerzyki i pozmywałam naczynia, a następnie wróciłam do salonu. Kornelia miała na sobie szare legginsy, czarną bluzę, a włosy spięte w koka, który zaraz miał się rozwalić
- Nie chce mi się żyć - powiedziała - Po prostu mam dość życia... Czemu ono musi być takie okrutne?
Nie byłam jednak w stanie wyjaśnić Kornelii nic. Siedzieliśmy w milczeniu.
- Bartek miał kupić mieszkanie w Zakopanem. Chciałam mieszkać blisko was, blisko ciebie, siostro - złapała mnie za rękę - Zawsze mnie wspierałaś, byłaś moją starszą siostrą, moim wzorem i autorytetem. Dlatego chciałam rzucić ten Kraków i przyjechać bliżej ciebie. Stwierdziłam nawet z Bartkiem, że jeśli w Zakopanem są drogie mieszkania, to może w Nowym Targu będą tańsze... Zawsze to bliżej ciebie.
Widziałam, że na komodzie było ustawione duże zdjęcie Bartka, taki uśmiechnięty w błękitnej koszuli. Kornelia zauważyła, że się mu przyglądam i powiedziała do mnie:
- Robił sobie w marcu nowe zdjęcia do dowodu - spojrzała się na zdjęcie - Kazałam mu założyć ciemniejszą koszulę, ale uparł się na tą, a ja mu uprasowałam taką grafitową. Naprawdę ładna. Kupiłam mu ją w tym roku na urodziny, ale wiecie, jaki Bartek był uparty... Ale nie ma co już rozpamiętywać.. - wstała, po czym poszła do kuchni i wzięła kolejną partię leków - Jutro rozpoczęcie roku szkolnego. Muszę iść z Szymonkiem. To już będzie pierwsza klasa.... Muszę iść... Muszę iść.. - powtarzała jak w zegarku.
Kornelia wróciła do nas i usiadła na kanapie. Położyła się i zasnęła. Nie wiedziałam co zrobić z dziećmi, ale w tym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi. Była to moja mama. Wręczyła ona prezent Szymonkowi i obiecała zaopiekować się dziećmi, podczas gdy Kornelia spała. Pożegnaliśmy się i wróciliśmy do domu. W drodze Kamil powiedział do mnie:
 - Może powinna pójść do jakiegoś terapeuty, jakiegoś lekarza? Te leki mogą być naprawdę szkodliwe....
- Znasz ją. Jest uparta. Tak się właśnie dobrała z Bartkiem
- Ale wiesz, jej coś może się stać od tych leków. Uśnie nagle, a tu dwoje małych dzieci...
- Wiem... Jednak mnie nie posłucha.
- Może twoją mamę?
- Jej tym bardziej
- To ja już nie wiem.



----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------




                                               kiki2000

Komentarze